Redakcja portalu WP.PL otrzymała list od mieszkanki Białej Podlaskiej. Pani Agnieszka mieszka w Białej Podlaskiej. Gdy usłyszała w sklepie, że jedna z sąsiadek wróciła z zagranicznej wycieczki z dziećmi i mimo kwarantanny pozwala im wychodzić z domu, postanowiła napisać do nas list z apelem.
Tysiące Polaków powracają do kraju i udają się na 14-dniową kwarantannę. Jak się okazuje, nie wszyscy rozumieją, jakie skutki może nieść za sobą bagatelizowanie rządowych wytycznych. Nie biorą także pod uwagę tego, że narażają innych na niebezpieczeństwo. Pani Agnieszka i jej mąż są lekarzami, doskonale rozumieją więc, jak ważne jest działanie prewencyjne. Są głęboko zaniepokojeni, dlatego postanowili za pośrednictwem Wirtualnej Polski zwrócić uwagę na problem.
– Wczoraj ta kobieta opowiadała sąsiadom, że przyjechała z dziećmi z zagranicy. Zadzwoniła do sanepidu. Kazali siedzieć jej w domu. I siedzi, ale, jak sama to ujęła: "dzieci nie utrzyma" – relacjonuje pani Agnieszka w rozmowie telefonicznej. – Więc te dzieci biegają teraz po osiedlu, a mowa o osiedlu Sidorska, nikt ich nie pilnuje. One są przecież roznosicielami. Same nie mają objawów, ale mogą zarażać innych – tłumaczy w rozmowie z WP Kobieta.
Czytelniczka jest bardzo zaniepokojona. – Nikt się tym nie interesuje. Policjanci przyjdą do mieszkania, zadzwonią, pomacha im dorosła osoba, a dzieci mogą w tym czasie biegać na podwórku. Uważam, że też powinny machać. Chodzi przecież o kontrolę. Ja zamknęłam gabinet stomatologiczny – zaznacza.
Pani Agnieszka apeluje do mieszkańców o rozsądek i dotrzymywanie warunków kwarantanny. – Trochę nas to niepokoi. Skoro wszyscy siedzimy, to już siedźmy. Nie może tak być, że ktoś się trzyma, a drugi lekceważy – kwituje, mając nadzieję na interwencję policji.