POZYTYWNIE ZAKRĘCONA: Autostopem przez 24 państwa w 935 dni

FB_IMG_1535821840919

Monika zaczęła podróżować jeszcze za czasów liceum. W październiku 2015 roku wraz z mężem wyruszyła w podróż życia. Miało być sześć miesięcy, ale półroczna wyprawa przedłużyła się o dwa lata. Nie trudno się domyślić, że taka przygoda przyniosła za sobą masę niezwykłych wspomnień, ale i doświadczeń.

O tej niesamowitej „autostopowej”podróży rozmawiamy z pochodzącą z Białej Podlaskiej Moniką Jaszczyk. Kiedyś uczennica „Platerki”, a następnie studentka Uniwersytetu Warszawskiego. Nasza rozmówczyni w sumie zwiedziła aż 40 krajów, z czego ostatnie 24, można powiedzieć, że „za jednym zamachem”.

Zacznijmy od początku. Skąd w ogóle wziął się pomysł, by wyruszyć w podróż autostopem? Wraz z mężem zwiedziłaś m.in. Chiny i wiele innych azjatyckich państw, a także Australię i Nową Zelandię.

Już wcześniej dużo podróżowaliśmy w ten sposób, ale po Europie. Były to wypady niskobudżetowe, wiadomo – jak to studenci. Przyszedł moment, kiedy na studiach zaczęłam śledzić grupy podróżników na Facebooku. Tam znalazłam pewną parę, która po studiach wyjechała w świat. Razem z moim mężem pomyśleliśmy „czemu nie?”. Po studiach nie chcieliśmy zostać w Warszawie. Mieliśmy pracę, rzuciliśmy ją, skończyliśmy naukę i po prostu wyruszyliśmy by spełniać marzenia.

Jak wyglądały przygotowania do takiej wyprawy? Co można uznać za „niezbędnik autostopowicza”?

Jeżdżąc po Europie było dosyć łatwo, bo nie potrzebowaliśmy wizy ani paszportów. W tym przypadku wystarczył plecak i trochę ubrań. Jeśli chodzi o podróż na wschód, musieliśmy to logistycznie zaplanować. Poszukiwaliśmy informacji właśnie o wizach. Jeśli była taka możliwość to wyrabialiśmy je wcześniej. Do tego dochodzi kwestia ubezpieczenia i przygotowywania sprzętu – potrzebny był lepszy namiot, lżejsze karimaty.

A jakie koszty wiążą się z taką podróżą?

Nie mieliśmy bardzo dużego budżetu. Na każdy dzień podróży mieliśmy przeznaczone 60 zł na dwie osoby. Te pieniądze wydawaliśmy tylko na jedzenie. Spaliśmy w namiocie, ale korzystaliśmy również z couchsurfingu. Często też ludzie nas zapraszali sami z siebie. Najwięcej pieniędzy jednak pochłonął etap przygotowań. Trzeba było wyłożyć kilka tysięcy na wizy, ubezpieczenie, nowy sprzęt.

Podróż z półrocznej zamieniła się w przygodę trwającą 2,5 roku…

Wyszło 2,5 roku, ale przez ponad rok pracowaliśmy w Chinach. Ten czas również liczymy jako podróż, bo było to nieco egzotyczne przeżycie. Zatrudnienie znaleźliśmy tam na miejscu, zupełnie tego nie planowaliśmy. Ja otrzymałam propozycję pracy jako nauczycielka angielskiego, natomiast mój mąż był trenerem piłki nożnej.

Co o waszej wyprawie myśleli rodzina i znajomi?

Rodzina była mniej-więcej przygotowana, bo już wcześniej podróżowaliśmy, ale nie na taką skalę. Teściowa od samego początku była bardzo przeciwna. Stwierdziła, że to kompletna głupota, że mogą nas tam zabić i już nigdy nie wrócimy. Jednak po około dwóch miesiącach naszego wyjazdu, kiedy mieliśmy stały kontakt przez różne aplikacje, wszyscy zaczęli się nieco mniej martwić, a bardziej wspierać. Ich podejście się zmieniło, a ta idea spodobała się im na tyle, że nawet odwiedzili nas w Chinach.

Polska i Chiny to z pewnością dwa różne światy. Co zdziwiło Cię najbardziej?

Dosłownie wszystko. Po przekroczeniu granicy z Chinami nie wiedzieliśmy co się dzieje. Tam Google jest zablokowany, więc nie dało się nic sprawdzić. Nie było też oczywiście Facebooka. Nie byliśmy też w stanie porozumieć się z ludźmi. Pierwszego dnia nie mieliśmy pojęcia gdzie wypłacić pieniądze i gdzie spać. Ale puenta naszego wyjazdu jest taka, że wszędzie ludzie są dobrzy. Nawet gdy nie mogliśmy dogadać się słowami, tylko jakoś na migi, i tak chcieli nam pomóc.

Jakie śmieszne bądź groźne sytuacje najbardziej zapadły Ci w pamięć? Bo takie z pewnością miały miejsce.

Zacznę od tych śmiesznych. Pewnego razu zgubiliśmy się w jakiejś wiosce w górach. To było takie miejsce, że prawdopodobnie nigdy nie widzieli tam białego człowieka i oczywiście nikt nie mówił po angielsku. Pewien człowiek, który tamtędy przejeżdżał zabrał nas na „stopa”. Okazało się, że trochę potrafi mówić po angielsku, bo jak tłumaczył, oglądał amerykańskie seriale. Wtedy to był dla nas szok. Zostaliśmy u niego aż 4 dni. Bardzo nas ugościł, zaprosił nas też do swoich znajomych na wieczór kawalerski. Do tej pory nie wiemy, gdzie tak naprawdę byliśmy i co to za miejscowość.

Bywały też mniej fajne historie. W Chinach okradziono nas, ale miało to szczęśliwe zakończenie. W 5-milionowym mieście jakimś cudem udało się znaleźć nasze rzeczy. Skradziono nam plecak i telefony, które były polskie i po prostu Chińczykom się nie przydały. Ktoś odniósł je na policję. Z kolei w Tajlandii mieliśmy bójkę, jednak okazało się to zwykłym nieporozumieniem.

Podróżowanie autostopem jest bezpieczne? Nie mieliście obaw, że może wam się coś stać?

Jechaliśmy z tysiącami kierowców i nie było niebezpiecznych sytuacji. Jedynie w Chinach natknęliśmy się na kierowcę, który nie rozumiał idei autostopu i chciał wyłudzić od nas bardzo dużo pieniędzy. Nigdy jednak nie czuliśmy się zagrożeni.

Zwiedziłaś kilkadziesiąt krajów. Które zachwyciło Cię najbardziej?

Nowa Zelandia to najpiękniejszy kraj, w którym byłam. Znajomi podróżnicy, którzy tam zaczęli swoją wyprawę mówili, że nic więcej tak ich nie zafascynowało jak to, co tam zobaczyli. Można powiedzieć, że tam jest po prostu sielsko – niesamowita przyroda, góry, łąki, owce, przepiękne czyste jeziora. Wszystko jak z obrazka. Bardzo podobała mi się też Japonia, ze względu na kulturę i nowoczesność.

Byłaś też w Australii…

Zawsze bałam się tam jechać, ponieważ mam lęki przed pająkami. Jednak jak już byliśmy w Nowej Zelandii, to stwierdziliśmy, że trzeba też odwiedzić Australię. Najśmieszniejsze jest to, że przez 2,5 miesiąca nie widziałam ani jednego pająka. Rozmawiałam z ludźmi, którzy tam mieszkają i mówili, że rzeczywiście pająki są wszędzie, ale nie uprzykrzają życia. To nie jest tak, że one wchodzą wszędzie do domu.

W najbliższym czasie planujesz jakiś wyjazd?

Od czasu skończenia pracy w Chinach podróżowaliśmy jeszcze przez ponad rok. Planowaliśmy powrót w sierpniu, ale wróciliśmy w maju, bo byliśmy już po prostu zmęczeni. Świadomie wróciliśmy i teraz jest czas, że siedzimy w domu.

A jest jeszcze takie miejsce, które koniecznie chciałabyś odwiedzić?

Zawsze marzyłam o Ameryce Południowej, ale raczej tak bardziej turystycznie.

 

Więcej ciekawych historii z życia autostopowiczów można poczytać na Facebooku – „M&Msy w podróży” to pewnego rodzaju blog Moniki i jej męża Marcina, w którym opowiadają o swojej wielkiej przygodzie i spełnianiu marzeń.

 

Udostępnij!

Komentarze: 2

Twój E-mail nie zostanie opublikowany. Pola obowiązkowe zostały oznaczone *

  1. hahahah urzekła mnie wasza historia…. na prawdę….. hahahaha…. biedni studenci…… JASNE!!!!!!