Tekst ten piszę w poniedziałek, więc na gorąco po 27. Finale Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. To, że coś napiszę, planowałem od kilku dni. Chciałem opisać Finał jako kolejne piękne wydarzenie w moim życiu i w życiu wielu z Was. I w rzeczy samej tak właśnie było. Jako członek Sztabu mam tę przyjemność, że widzę całą tę imprezę od środka. Planowanie, załatwianie, wymyślanie i pomaganie to tylko część z tego, w czym mogłem uczestniczyć. Jako jeden z trybików starałem się dać z siebie wszystko, by 27. Finał doszedł do skutku i dał tyle radości wolontariuszom i darczyńcom, ile mi przez te wszystkie dni organizacji. Byłem jednym z wielu, którzy stworzyli dla Was ten Finał i każdemu z nich dziękuję za wspólnie przeżytą przygodę. W niedzielę od 6 rano ruszyliśmy w sztabie pełną parą, by być gotowym na przyjęcie pierwszych wolontariuszy i gości. Wizytowały nas dzieciaki, strażacy, bractwo kurkowe, ratownicy medyczni, Myszka Miki, nauczyciele, radni, lekarze i wielu, wielu innych. A potem była impreza na Placu Wolności. Z przygodami dotarliśmy na miejsce, zachorował nam jeden wykonawca, pogoda była paskudna, ale czy to komukolwiek przeszkadzało? Chodząc między uczestnikami imprezy, widziałem uśmiechnięte twarze i czuć było gorące serducha jednoczące się wokół wspólnej sprawy. Podgrzewaliśmy atmosferę śpiewem, uśmiechem i licytacjami. Rozdawaliśmy balonowe serduszka, pierniki i krówki. Strażacy kroili samochód, pokazując sprawność w wyciąganiu uwięzionych kierowców, morsy pływały w basenie pełnym lodowatej wody (według nich ledwie chłodnej), wręczaliśmy puchary, oddawaliśmy gadżety i uśmiechaliśmy się od ucha do ucha. Po bardzo udanym finale spakowaliśmy to, co zostało i odwieźliśmy do Sztabu. I wtedy się dowiedzieliśmy.
Pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy, to taka, że to niemożliwe. Niemożliwe przecież jest zbezczeszczenie takiego miejsca jak Finał WOŚP. Przecież to jest miejsce bez agresji, podziałów i przepełnione dobrocią. Codziennie zdarzają się słowne ataki na Fundację, ale fizyczna agresja była zawsze nie do pomyślenia. A jednak ktoś wszedł na scenę i zaatakował nożem prezydenta Pawła Adamowicza, który dzień później zmarł. W czasie Finału nikomu nawet nie przychodziło do głowy, że coś takiego może się w ogóle stać. Nie w naszym bezpiecznym azylu. A jednak się stało. Gdy przeczytałem, co wykrzykiwał zamachowiec, zapaliła mi się lampka, że to kolejny atak polityczny. Dopiero później dowiedziałem się, że człowiek ten jest chory i tak samo jak w przypadku ataku na biuro poselskie PiS, gdzie zginął jeden z pracowników, nie można mówić tylko o politycznych motywach tej zbrodni. Ale jednak człowiek ten wykrzykiwał, że zabił prezydenta Adamowicza, bo PO go torturowała w więzieniu. Bardzo krótko po ataku zaczęły się poszukiwania odpowiedzi na pytanie: kto zawinił? Ochrona? Policja? Fundacja? Otóż pierwszym i głównym winowajcą jest człowiek, który zaatakował nożem Pawła Adamowicza. Oczywiście, należy brać pod uwagę jego chorobę, ale to on ugodził nożem prezydenta Gdańska. A za całą resztę odpowiadamy my wszyscy.
Tak, moi drodzy. Wszyscy jesteśmy po części winni tej śmierci. Nie my wyprowadziliśmy te trzy ciosy, ale to my pozwalamy w dyskusji publicznej na mowę nienawiści. Chodzi mi o słowa, że morderstwo Pawła Adamowicza motywowane było torturami, jakich doznał w więzieniu, które zleciła Platforma Obywatelska. Media i Internet od razu podchwyciły ten temat i się zaczęło. Hejt i nienawistne komentarze lały się na wszystkie strony. Na portalach narodowych ludzie biją brawo zamachowcowi, a po drugiej stronie jest wytykanie palcami, że to wszystko wina ekipy rządzącej, oczywiście okraszone różnymi obelgami. Podniosły się też głosy o rychłym wprowadzeniu kary śmierci, bo przecież najlepszym rozwiązaniem sprawy chorego psychicznie zabójcy jest jego zabójstwo. A jak jeszcze jest to okraszone odpowiednimi cytatami ze Starego Testamentu, gdzie Bóg jest mściwą i zaborczą istotą, to od razu robi mi się smutno, ze ludzie deklarujący miłość do bliźniego tak lekko wyzbywają się swojej deklarowanej wiary w zamian za tak ludzki odruch zemsty. To są wszystko skrajności, pomiędzy nimi jest cała rzesza ludzi, którzy na to patrzą z niesmakiem i nie reagują. Nie reagują poprzez pozwalanie na tak zaostrzającą się debatę publiczną. Politycy prześcigają się w wymyślaniu obelg z jednoczesnym oskarżaniem o używanie jadu przez tę drugą stronę. Ta druga strona reaguje natychmiastowo z nowym arsenałem żółci. Media to pokazują i niejednokrotnie w tym uczestniczą, nakręcając spiralę agresji. Dzieła zniszczenia dokonuje Internet, z którego wylewa się rzeka słownego i memowego błota. Większość z nas na to tylko patrzy i w tym tylko patrzeniu jest nasza wina. Że patrzymy i nic z tym nie robimy, że nie reagujemy i nie mówimy „dość”. Pozwalamy na publiczne obrażanie, grożenie śmiercią, opluwanie autorytetów i często nieświadomie w tym procederze uczestniczymy.
Ja też jestem winien. Bo pomimo że jak mantrę powtarzam naokoło, że zło nie jest rozwiązaniem, co pięknie w poniedziałkowy wieczór przed Urzędem Miasta ubrał w słowa Andrzej Czapski, to nie mam przekonania, że mam wiele sukcesów na tym polu. Dzisiaj nawet Jerzy Owsiak zwątpił, a to on był tą osobą, która za każdym razem brnęła przez morze hejtu. W obliczu takiej tragedii został zaatakowany, że to jego wina i nawet on tego nie wytrzymał. Czy naprawdę musimy na to bezczynnie patrzeć? Czy nie stać nas na wysiłek nieuczestniczenia w tym przemyśle pogardy i nienawiści? Ja nie chcę w tym uczestniczyć, bo jak nie przeciwstawimy się temu złu, to Paweł Adamowicz nie będzie ostatni.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!