Trzeba przyznać, że strasznie nudno się ostatnio zrobiło. W okresie wyborczym i bezpośrednio po nim były emocje, przepychanki i docierania. Nowe władze sprzątały po starych, były odejścia ze stanowisk na inne stanowiska i całkiem nowe twarze w panteonie wojewódzkiej i miejskiej władzy. Czyli wszystko to, co tradycyjnie dzieje się po wyborach. Później to się jakoś wszystko uspokoiło i powiało nudą. Przez dłuższy czas praktycznie nic się nie działo i nie było za bardzo na co marudzić. Czas płynął leniwie i tylko od czasu do czasu oba obozy strzelały do siebie z pistoletu hukowego, tak dla przypomnienia opinii publicznej, że frakcje polityczne nie za bardzo za sobą przepadają.
No ale w ostatnim czasie się trochę ruszyło. Nasze mózgi zostały obudzone z letargu, a palce rozruszane lajkowaniem i wypisywaniem komentarzy pod artykułami. A co najbardziej rusza wyborcę? Oczywiście publiczne pieniądze. I tu mały wybieg wyjaśniający w ogóle istotę środków publicznych, które w świadomości obywatela są i jednocześnie nie są jego własnością. Obywatel czuje mocne przywiązanie do publicznej kasy wtedy, gdy ktoś ją wydaje bez jego zgody, nie zwracając uwagi na jego upodobania, poglądy, widzimisię, czy standardowe „bo tak”. Z drugiej strony, gdy chodzi o sprawy mazania po murach i blokach, wyrzucania śmieci w krzaki i do lasu, niszczenie przystanków, to jakoś nie przechodzi ludziom przez myśl, że „to też moje”. Nie uważam, że każdy mieszkaniec wybija szyby na przystanku, ale powszechnie wiadomo, że PRL wytworzył w nas świadomość, że jak państwowe, to znaczy niczyje, a jak niczyje, to i z nieba się naprawi. PRL się skończył, a myślenie zostało jako zdobycz cywilizacyjna czasów historycznych.
Pierwszą sprawą, która ruszyła opinię publiczną, była faktura za prowadzenie konta facebookowego Wicemarszałka Województwa Lubelskiego Dariusza Stefaniuka przez jego byłego rzecznika z czasów rządzenia miastem Biała Podlaska. Nie mam nic do tego, kto komu prowadzi profil na fejsie, sam w końcu zatrudniam największą agencję PR-ową w tym kraju, żeby ogarniała moje miliard lajków dziennie, ale nie płaciłbym im z publicznych pieniędzy. Co prawda eksrzecznik posypał głowę popiołem i uznał to za błąd ludzki. Tylko w takim razie mam pytanie: za co w końcu były te pieniądze? Bo w takim układzie faktura nie powinna opiewać na 2500 zł. Rozumiem, że te pieniądze mu się po prostu należały, ale chyba nie z tej kieszeni. Ostatecznie cała suma trafiła na cel charytatywny, ale błędne jest założenie, że to Michał Trantau ją przekazał na szczytny cel, tylko my wszyscy, bo pieniądze były publiczne.
Druga sprawa to powracający jak bumerang stadion, ale tym razem zdecydowanie in plus, bo w końcu Wielka Dziura w Ziemi zaczęła na siebie zarabiać! I to kilka miesięcy przed planowanym pierwszym gwizdkiem na równiutkiej jak lodowisko murawie. Otóż stadion zarobił swoje pierwsze dwa miliony złotych polskich. Pieniądze wpłynęły do miejskiej kasy jako odszkodowanie z gwarancji ubezpieczeniowej wypłaconej za nienależyte wykonanie zlecenia. Pal go licho za co. Dwa miliony to dwa miliony. Parafrazując słowa wypowiedziane w „Wieży Jaskółki” Andrzeja Sapkowskiego: „Mieć dwa miliony i nie mieć dwóch milionów to razem cztery miliony”, także dzięki wyjątkowo trafnej decyzji inwestycyjnej mamy już cztery miliony złotych i super dziurę w ziemi, z którą możemy zrobić wszystko, co chcemy.
I na koniec zataczająca coraz większe kręgi „Dryńdryńgate”. Na początek niektóre media ogłosiły skandaliczny zakup sprzętu telefonicznego przez urzędujących prezydentów. W tytule artykułu była kwota prawie 5000 zł, ale z tekstu można było się dowiedzieć, że za skandaliczne uznano jedynie 1400 zł i to za urządzenie, które w sumie jest zegarkiem, telefonem i kalendarzem w jednym. Podobno nowy smartwach prezydenta Michała Litwiniuka liczy też kroki i mierzy tętno, co można przecież upublicznić i śledzić prezydenta, gdzie obecnie się znajduje i czy przypadkiem nie jest wkurzony, bo ma podniesione ciśnienie. A już biorąc sprawę ciut ciut poważniej, to rozumiem wzburzenie części obywateli naszego miasta wynikające z tego, że w ogólnym pojęciu smartwach to gadżet. Tyle, że ten gadżet, jak wspomniałem, ma całą furę przydatnych funkcji, które można wykorzystać do pracy i mam nadzieję, że do tego będzie używany. Dodatkowo jeszcze 10 lat temu za gadżet był uważany tablet, a jeszcze wcześniej telefon komórkowy był „niepotrzebnym szpanem”. Podejrzewam, że za 5 -10 lat smartwach będzie traktowany jako normalne narzędzie pracy, ale teraz? Sorry, Panie prezydencie. Jest Pan o 10 lat za szybki.
Dryńdryńgate, jak się szybko okazało, to nie tylko Michał Litwiniuk, który od niedawna będzie mógł rozmawiać ze swoim nadgarstkiem, ale też traktowanie Urzędu Miasta jak lombardu i to takiego bardzo taniego. W sumie to jak bazaru z lat 90. albo Flohmarkt, na którym Saszka albo Helmut mogą nam opchnąć tani sprzęt elektroniczny. Byli prezydenci Białej Podlaskiej odkupili od Urzędu Miasta używane w trakcie prezydentury przez siebie sprzęty elektroniczne po cenach lepszych niż okazyjne. Tablety i telefony z nadgryzionym jabłkiem szły za dychę, gdzie dla zwykłego Kowalskiego taki sprzęt, nawet używany, to wydatek od 300 do 800 zł. W ogóle zastanawiam się: po co byłym prezydentom po trzy telefony, skoro nie mają nawet tyle uszu? I dla jasności: to nie był jakiś tam szrot, tylko działające i śmigające sprzęty, których część jest jeszcze na stanie Urzędu Miasta. A jeżeli są, to zaklepuję przynajmniej jeden z nich. Zawsze Urząd zarobi dychę więcej, którą może przeznaczyć na przykład na zainstalowanie jakiejś płatnej gierki na tablecie, co podniesie jego wartość i będzie można sprzedać go za jeszcze większe pieniądze. Tak się robi biznesy! Oczywiście były prezydent odniósł się do sprawy, nazywając ją kapiszonem, bo według obiektywnej komisji, obiektywnych przesłanek i obiektywnego zużycia ten sprzęt jest wart 10 zł. Niestety, świat realny poza Urzędem jest nieobiektywny, brutalny i nieczuły na logikę urzędów i dokładnie taki sam sprzęt wedle obiektywnych przesłanek rynku będzie kosztował pół tysiaka. Obiektywnie rzecz biorąc, zysk jak cholera.
Także jak widzicie, moi mili, pieniądze to idealny sposób na nudę. Zwłaszcza jak je zarabia albo wydaje ktoś inny. A jeszcze lepiej, jak ktoś inny wydaje czyjeś pieniądze. A w ogóle cudownie pod względem emocjonalnym jest, jak ktoś inny wydaje czyjeś pieniądze, a tym kimś, czyje te pieniądze są, jesteśmy my. Pozostaje nam wtedy otworzyć piwo, zrobić popcorn i odpalić jakąś skoczną melodyjkę na JołTubie na naszym tablecie za dychę z Flohmarktu przy ul. Piłsudskiego 3 i cieszyć się, że jesteśmy jako społeczność lokalna już 4 bańki do przodu.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!